O miłości według Buddyzmu

Jest taka piękna buddyjska medytacja, która nazywa się Metta Bhavana. Kiedy pierwszy raz o niej usłyszałam i poznałam instrukcje, już samo to wpłynęło na mój sposób postrzegania świata – to był jeden z momentów, w których doświadczyłam tzw. uczucia “Eureka!” – ta medytacja brzmiała dla mnie tak bardzo właściwie.

Bhavana to słowo w języku pali, które oznacza kultywować, rozwijać, przywoływać do istnienia.

A Metta…

Metta czyli życzliwość, miłująca dobroć, miłość

Życzliwość i miłość – brzmi całkiem łatwo i takie też dla mnie było na początku. Jednak, jak to w praktyce, im głębiej, tym potrzeba większej precyzji. A więc zaczęły pojawiać się zakręty i wątpliwości. 

Im więcej słuchałam od nauczycieli buddyjskich o tym czym jest Metta, tym bardziej mieszało mi się w głowie. Kiedy zaczęłam się jeszcze uczyć o kultywowaniu współczucia, radości i spokoju, zdecydowałam, że muszę zrobić kilka kroków wstecz. Miałam to wszystko pomieszane.

Poszukując odpowiedzi na pytanie czym jest Metta, w maju zeszłego roku, wybrałam się do centrum buddyjskiego w hiszpańskiej wiosce.

Gotując dla uczestników warsztatów, chciałam eksplorować z czym dla mnie wiąże się otwarte serce, kontemplować motywacje moich działań i sprawdzić czy mogę robić to najlepiej jak potrafię, z czystej życzliwości, nie oczekując nic w zamian i nie przywiązując się do efektów.

Zajęta swoją refleksją, dopiero na koniec wyjazdu zorientowałam się, że to czego doświadczyłam tam ze strony przyjmującego mnie nauczyciela, było właśnie Mettą w czystej postaci.

Ale od początku…

To był wyjazd, który sama sobie zorganizowałam, nie znając osób, z którymi się kontaktowałam. W wyszukiwarce odnalazłam kilka centrów buddyjskich i wysłałam maile z zapytaniem czy mogłabym przyjechać na wolontariat w zamian za pobyt na miejscu. Wiązało się to dla mnie z dużą niepewnością. Nikt mnie nie zaprosił – to ja się “wpraszałam”. Nauczyciel, który zdecydował się mnie przyjąć, napisał że nigdy czegoś takiego nie próbowali, ale właściwie – czemu nie? To było dla mnie tylko jeszcze więcej presji, aby się “udało”. Oby nie żałowali, że przyjęli mnie do swojego ośrodka..

Pośrodku niczego

Nauczyciel przyjechał po mnie na przystanek autobusowy w małej Hiszpańskiej wsi, godzinę drogi od Walencji, i stamtąd udaliśmy się do jeszcze bardziej odległego od cywilizacji miejsca. Myślę, że mogę śmiało powiedzieć, że ten ośrodek buddyjski znajduje się pośrodku niczego – na jego 14-hektarowym terenie mieszczą się dwa budynki, kawałek lasu, gaje oliwne, pole lawendy, miejsce na samotne odosobnienia i pewnie inne miejsca, których nie miałam okazji eksplorować. O istnieniu “sąsiadów” dawały znać tylko dochodzące z ich działki odgłosy byków, które raz na jakiś czas głośno porykiwały.

Gdy dojechaliśmy, czułam się jakbym wstąpiła do innego wymiaru, w którym czas zwolnił tempo, a ja mogłam przyglądać się każdemu szczegółowi życia jak przez lupę. Na miejscu radosnymi podskokami przywitał nas Border Collie, co w moim odbiorze, dodało jeszcze więcej uroku temu miejscu.

Dostałam swój własny pokój z dużą łazienką. Ci którzy kiedyś byli na wyjeździe jogowym, medytacyjnym czy innym rozwojowym, wiedzą że to nie lada gratka 🙂 Nauczyciel pokazał mi kuchnię, biblioteczkę i basen na zewnątrz, po czym skwitował: “warsztaty zaczynają się jutro, więc dzisiaj masz cały dzień dla siebie. Ja jadę do mojej rodziny i wrócę jutro.”

Cisza. Ciepło. Natura…

To był jeden z tych momentów, w których mój system musiał się trochę zdysocjować, aby nie przytłoczył go szok obfitości i wdzięczności.

Jak ja mogę to wszystko przyjąć? Jak ja mogę być tu, w tym miejscu jak z marzeń, w tym luksusie, i nic za to nie płacić? To sobie poeksplorowałam gotowanie z czystej życzliwości, nie oczekując nic w zamian… 😉

Z tamtego dnia pamiętam dużo ciszy, zabawy z psem, las, oraz drugiego nauczyciela, który przybył na miejsce i z którym długo rozmawialiśmy o jodze, buddyzmie i ścieżkach duchowych.

Tych kilka dni, które tam spędziłam wcale nie minęło szybko – wspominałam już, że czas zwolnił? Codziennie rano joga, potem przygotowanie obiadu, przerwa, dyskusje i spacery, medytacja, cisza, kolacja, rytuały, więcej medytacji, więcej ciszy.

Kiedy nadszedł moment wyjazdu, czułam coś innego niż zwykle na zakończenie takich podróży. To było znajome uczucie, ale takie, którego dawno nie czułam. Chodziło nie tylko o pożegnanie z nowo poznanym miejscem i osobami. Chodziło o pożegnanie z czymś ważnym, bezpiecznym. Z przestrzenią, w której czułam się w pełni przyjęta i akceptowana. Z przestrzenią, w której byłam, naturalnie, obdarzana Mettą.

Nie umiem wskazać żadnej konkretnej rzeczy, którą zrobił jeden czy drugi nauczyciel i pozostali uczestnicy, co sprawiło, że tak się czułam. Chodzi po prostu o intencję, postawę, która przenika wszystko, każde działanie i każde wypowiedziane słowa. O otoczenie, w którym panuje zaufanie, życzliwość. Które mogłam uznać za bezpieczne i w którym mogłam rozluźnić się i poczuć, że jestem tam mile widziana.

I to wtedy zaczęłam powoli ubierać w słowa to czym jest dla mnie Metta

To zapraszająca postawa wobec siebie samego, wobec drugiej osoby, wobec świata, która – dla mnie – wyraża się w słowach: “Bądź.”, “Chcę abyś był/a.”, “Jesteś ważny/a.”, “To piękne że jesteś.” “Tak pięknie jesteś.”.

Jednocześnie ta postawa nie ma nic wspólnego z przywiązaniem, czy oczekiwaniem czegoś w zamian. Łatwo można ją pomylić z “Bądź, ale daj mi to że jesteś.”, “Bądź, ale tylko dla mnie.”, “Bądź, ale zapewniaj mnie, że jesteś.” 

Odkryłam, że bardzo głęboko, Metta wiąże się z wolnością, radosną ciekawością i szacunkiem wobec ludzi i świata. Z uznaniem wielkości drugiej osoby. Uznaniem tego jak bardzo niewielki kawałek jej istnienia jest mi dane doświadczyć. Uznaniem tego, że ta osoba, jej historia, jej pragnienia, są dużo większe niż moja relacja z nią. 

Bezpieczeństwo jest dla mnie tutaj słowem – kluczem i ten akapit chciałabym domknąć cytatem o tym jak działają nasze układy nerwowe. W jaki tryb przechodzimy wtedy, kiedy możemy rozluźnić się w bezpieczeństwie:

“Możesz patrzeć na innych i dostrzegać nie tylko ich traumę i zdystansowanie, ale także to, jak ich serca wyrażałyby energię życiową, gdyby oni również czuli się bezpiecznie” – Sarah Peyton

Metta Bhavana

Na koniec opowiem wam jeszcze krótko o samej medytacji. Ma ona 5 etapów i chodzi o to, aby kultywować Mettę kolejno wobec: 1) siebie, 2) osoby mi bliskiej, 3) osoby, która jest dla mnie neutralna, 4) osoby trudnej dla mnie, 5) wszystkich tych osób na raz, wszystkich osób w moim otoczeniu, w moim mieście, kraju, na świecie.. wobec życia.

Jeśli znacie mantrę, której słowa brzmią “Niech wszystkie istoty będą szczęśliwe i wolne od cierpienia”, mogą się one wydawać bliskie temu o czym opowiadam. I tutaj wnoszę precyzję, o którą ubogaciło mnie doświadczenie z hiszpańskiej wioski. Bo słowa tej mantry są dla mnie bardziej o współczuciu. Kiedy mowa o Metcie, zamieniłabym je na: “Niech wszystkie istoty będą.”


Comments

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *